La Mania ma urodziny

projektanci mody sklepy

Dokładnie dzisiaj mija rok od dnia, kiedy Joanna Przetakiwicz i Magda Butrym otworzyły swój butik w warszawskiej Galerii Mokotów. Zapisując w kalendarzu zaproszenie na urodzinową  lampkę szampana, nie mogłam odmówić sobie krótkiej rozmowy z kobietami, które stoją za niebywałym sukcesem młodej marki odzieżowej. Sukcesem godnym pozazdroszczenia.

 

– W jaki sposób poznałyście się ze sobą?

Joanna Przetakiewicz: Pięć lat temu moja koleżanka poleciła mi Magdę, wtedy początkującą projektantkę mody. Najpierw byłam więc jej klientką.

Magda Butrym: Śmieszne, bo ta twoja koleżanka nie chciała polecać mnie nikomu, pamiętasz Joasiu? Chciała mieć moje sukienki na wyłączność. Stwierdziła, że tylko jedną osobę przyprowadzi do mnie i była nią właśnie Joanna. Ponieważ po raz pierwszy spotkałyśmy się o północy, żartowałam, że jest moją nocną klientką. Umawiałyśmy się zazwyczaj po 23.00.

JP: …bo dopiero wtedy miałam czas. Mam czas. Tak naprawdę wszystko zaczęło się od pierwszej sukienki, którą sobie wymarzyłam i Magda dokładnie taką mi uszyła. Mam bardzo napięty plan, dużo podróżuję, czasami w ciągu jednego tygodnia potrafię być w pięciu krajach. Dlatego potrzebne mi są specyficzne rzeczy, w których mogę wystąpić zarówno na spotkaniu biznesowym, ale też na wywiadówce (mam trójkę dzieci), pójść na siłownię, spotkać się z kimś w ciągu dnia lub wieczorem – na zobowiązującej kolacji albo w teatrze. Marzyłam o jednej sukience, w której mogłabym to wszystko robić. Widziałam ją w myślach, a Magda przygotowała ją dla mnie.

– Czy taki jest teraz cel marki La Mania? Zaspokojenie potrzeb współczesnych, bardzo zajętych kobiet?

JP: Zdecydowanie tak! Dodam, że wiek nie ma żadnego znaczenia.  Chociaż La Mania nie jest marką dla nastolatek… Jednak dla kobiet.

– Raczej szczupłych.

JP: Rozmiarówka jest od 34 do 44 w tej chwili. Wcześniej kończyła się na 42.

– Patrząc na wasze projekty za każdym razem wydaje mi się, że pasują tylko zgrabnym i wysportowanym.

JP: Czasami od tego odchodzimy. Mamy dwie sztandarowe sukienki. Bustier, rozkloszowana, z kieszeniami, o której zawsze marzyłam, bo dla mnie to sukienka fenomen. Można założyć na nią sweterek, do tego baleriny i iść tak wszędzie – nawet rano po bułki. Zakładając buty na wysokim obcasie i szal  można w niej wybrać się na premierę do opery. Drugą sukienką jest biały dzwonek. Ma rozszerzane rękawy, jest trochę a’la Twiggy. Też była moim marzeniem. Jest cudowna. Cały czas mamy ją w ofercie, zmieniamy tylko wykończenia lub tkaniny.

Joanna Przetakiewicz i Magda Butrym

– Joanna Przetakiewicz, czyli dyrektor kreatywna, Magda Butrym – projektantka. Czym w praktyce różni się wasza rola w firmie? Czy ty Magdo realizujesz wizje Joanny?

MB: Często. Joanna ma wizje tego, jak ma wyglądać kolekcja. Spotykamy się, wszystko dokładnie omawiamy.

– Jak się z tym czujesz? O artystach mówi się, że lubią być w centrum uwagi, w świetle jupiterów.

MB: Lepiej mi w cieniu. Zaczynałam w marce Portofino. Już tam niechętnie podawałam swoje nazwisko. Wolę skryć się za logo firmy. Dobrze się czuję w takiej roli.

JP: Najważniejsze, że nasza współpraca przebiega bardzo dobrze. Podobają nam się te same rzeczy. W pełni się ze sobą zgadzamy. Czasami przesiadujemy całą noc nad jednym projektem.

– Czyli wspólnie projektujecie?

JP: Bardzo często. Poza tym, wysyłam Magdzie mnóstwo zdjęć z wystaw, które są dla mnie niezwykle inspirujące. Często projektuję sobie coś w głowie, dosłownie wszędzie, mam specjalną aplikację w BlackBerry i każdą rzecz, którą widzę w wyobraźni, opisuję dzięki niej bardzo szczegółowo.

MB: Potem się spotykamy i razem realizujemy te wizje.

– Zdarza się, że się spieracie, że macie różnice zdań?

MB. Nie.

JP: Przedtem długo współpracowałyśmy w relacji klientka – projektantka. Wiedziałam, że świetnie się rozumiemy. Trudno by mi było pracować z kimś, kto miałby inne wyczucie estetyki niż ja. Po prostu byśmy się nie dogadały.

– Jak się dzielicie obowiązkami?

JP: Magda siedzi w pracowni od rana do wieczora, nasze praktykantki rozrysowują projekty technicznie, konstruktorka konstruuje. To jest bardzo długi proces. Od momentu wymyślenia danej sukienki, poprzez pierwszy projekt, później są trzy pierwsze przeszycia, w surówce i we właściwym materiale. Zastanawiamy się czy materiał jest naprawdę tym właściwym, czasami kreacja zmienia się poprzez inną aplikację tkaniny. Później decydujemy czy czegoś nie podkręcić, zmienić. Dopiero wtedy, kiedy wypuszczamy model do produkcji, naprawdę jest gotowy. Poza takim zaangażowaniem w projektowanie, staram się oczywiście dbać o całą resztę, łącznie z marketingiem, filozofią firmy, inwestowaniem, wyjściem w świat. W tej chwili La Mania zdominowała moje życie.

– Mija rok od czasu, kiedy otworzyłyście butik w Galerii Mokotów. Pewnie cały czas czujecie się jeszcze jak na starcie?

JP: Nasz butik otworzyłyśmy po cichu. Nikt o tym nie wiedział. Może ze trzy osoby wśród najbliższych znajomych. Chciałam zaobserwować odbiór firmy przez anonimowe klientki, bez żadnej informacji w mediach. Dopiero w grudniu oficjalnie zawiadomiłyśmy o naszym istnieniu.

Butik La Mania w warszawskiej Galerii Mokotów

– Czego nauczył was ten okres sprzedaży bez reklamy?

JP: Mnóstwa rzeczy. W Polsce nie ma analizy rynku dóbr luksusowych, jak na przykład w Londynie, gdzie otwierając sklep, kupujesz wszystko: analizy, trendy… Tutaj sama musisz się tego nauczyć. Zastanawiałam się na przykład czy Polki nie okażą się zbyt praktyczne w swoim podejściu do mody, czy nasze śmietankowe sukienki nie będą dla nich za mało codzienne. Okazuje się, że nie. To było najmilsze zaskoczenie, Polki szukają rzeczy pięknych. Takich, w których będą wyglądały spektakularnie. Nieważne, że trzeba je częściej oddawać do pralni. Polki są bardzo eleganckie. To niezwykle wymagające klientki, ale też wierne.

MB: Co zabawne, Joanna w pierwszych dniach sprzedaży nie chciała pozbywać się ubrań z wieszaków. Gdy któraś z klientek chciała kupić jej ulubioną sukienkę, Asia miała odruch, żeby zatrzymać ją dla siebie.

JP: Te sukienki były dla mnie jak dzieci, nie chciałam się ich pozbywać. Moje przyjaciółki żartowały potem ze mnie, że w rzeczywistości nie chcę niczego sprzedawać. Na szczęście się przełamałam. Nie spodziewałam się,  że firma w ciągu roku rozwinie się tak niesamowicie.

MB: Niedawno znalazłam notatki z naszych pierwszych spotkań, wspólne przemyślenia jaka to ma być firma. Tym bardziej widzę teraz, jak wiele więcej wydarzyło się niż wtedy planowałyśmy.

JP: Współpracuje z nami wiele osób, na przykład konsultantki z Londynu, Paryża, szczególnie finansowe i biznesowe. Warto ich słuchać, jednak myślę, że nie ma co opierać się na opinii zbyt wielu ludzi. Czasami można zatracić własną wizję, a tego absolutnie nie wolno zrobić. Tak naprawdę myślę, że w biznesie najważniejsza jest jednak intuicja.

– Minął więc rok i co dalej? Jakie plany?

JP: 12 października otwiera się nasz drugi butik, w katowickiej Silesii. Chcemy wprowadzić linię sportową oraz toczki, które projektujemy we współpracy ze znakomitą modystką – Joanną Denier. W lutym, na zaproszenie Instytutu Kultury Polskiej pokażemy kolekcję na następną jesień, podczas tygodnia mody w Londynie, z tym, że nie w oficjalnym kalendarzu Fashion Week’u.

– Planujecie więc sprzedaż za granicą?

JP: Tak, ale w tej chwili nie chcemy jeszcze otwierać tam własnego butiku. Planujemy obecność na showroomach i sprzedaż w multibrandowych butikach. Na świecie nie jesteśmy znaną marką i nie oszukujmy się, jutro jeszcze nie będziemy. Koszty własnego butiku, na przykład w dobrej lokalizacji w Londynie, są wielokrotnie wyższe niż w Polsce. Do takiego przedsięwzięcia trzeba podchodzić z wielką pokorą.

 

1 thought on “La Mania ma urodziny”

  1. Lubię czytać wywiady / artykuły o tych paniach, bo zawsze się dowiem czegoś nowego. Nie chce się wierzyć, że potrafią ze sobą współpracować bez kłótni… ale jeśli efektem jest LM, to niech ta współpraca trwa wiecznie…albo przynajmniej dopóki nie zacznę zarabiać tyle, by móc sobie na ich rzeczy pozwolić 😉

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *