Z wizytą u Boho

Nie mylić z Bohoboco. Moda z metką Boho, proponowana przez Małgorzatę Bochenek nie ma nic wspólnego z popularnym duetem warszawskich projektantów. Kwieciste i pasiaste ubrania szyte w Krakowie zyskują uznanie niewielkiej, ale wiernie oddanej grupy klientów młodej marki odzieżowej. Klientów nawet na kilku kontynentach, dzięki sprzedaży on-line.

Projektantka, smukła blondynka, obok modelek pozuje do swoich lookbooków. Jest chodzącą reklamą szytych przez siebie od dwóch lat ubrań. Celowo używam słowa: “szytych”. Koncept jest super – moda wykonana z dawnej pościeli. Stare kołdry i obrusy zamienione w bluzy z kapturami lub luzackie spodnie. Bravo!
Moje wątpliwości budzi jednak stosunkowo nisko zawieszona poprzeczka, którą wydaje się stawiać sobie autorka tych ślicznych ubrań, skądinąd w dobrym guście. Nie wystarczy uszyć bluzy z kołdry, żeby nazwać taką czynność projektowaniem. Może trzeba znaleźć detal, który tę bluzę wyróżni spośród innych? Nie wystarczy wykorzystanie nietypowej jak na taki produkt tkaniny. Może przydałby się nieoczekiwany akcent z innego materiału, wszysty chociażby w zaszewki? Może moje marudzenie powstrzymałaby najmniejsza próba wysilenia się na stworzenie nieco bardziej nowoczesnej konstrukcji ubioru, niż proponowane w magazynie Burda przed dwudziestu laty? Dobrym pomysłem byłoby wyszukanie nowoczesnych suwaków, które się nie zacinają, które mogłyby nawet stanowić dodatkową dekorację ubioru.
Małgorzata Bochenek nie kończyła szkoły projektowania mody. Takie rzeczy powiedzieliby jej prawdopodobnie profesorowie podczas korekt. Skoro decyduje się na konfrontację z dziennikarką mody – korektę zrobi więc dziennikarka. W tym momencie – ja.

Przyjęłam, że na moim blogu będę się jedynie zachwycać. Ponieważ zachwyca mnie pomysł na markę Boho, ogromnie cenię dyskretny gust Małgorzaty Bochenek – zdecydowałam się więc na krytyczne uwagi wobec szytych przez nią ubrań. Skoro są klienci gotowi kupować tę modę w San Francisco czy w Japonii – może warto się dla nich troche bardziej postarać?
“Projektantów jak pączków” – zażartowała kiedyś w moim towarzystwie jedna z czołowych projektantek w Polsce, mając na myśli fakt, że dzisiaj każdy nazywa tak siebie, niezależnie od tego, czy jego prace zasługują na miano wzornictwa. Ktoś coś uszyje i już wysyła do redakcji kolorowych magazynów zdjęcia swoich ubrań, licząc na sukces w branży mody.
Na miano projektanta trzeba sobie zasłużyć. Nie chcę nikogo zniechęcać, ale przydałoby się naszej twórczej młodzieży nieco pokory. To, że koleżanki lubią szyte przez nas ubrania – nie oznacza, że możemy osiąść na laurach. To dopiero początek, moment, by zacząć mozolną pracę nad doskonaleniem swojego produktu, rafinowaniem stylu, dopracowywaniem detali. Nie warto zastanawiać się nad tym, którą ceblerytkę ubrać, żeby w mediach zaistnieć. Styliści, ci profesjonalni, docenią młodą modę i z radością będą ją pokazywać na łamach magazynów (tak, jak markę Boho regularnie w swoich sesjach pokazuje w ELLE Zuza Kuczyńska). Nie trzeba kończyć szkół, można być samoukiem, namawiam jednak, by wtedy tym bardziej wymagać od siebie jak najwięcej. By prócz bluzy szarej – która w swojej prostocie jest doskonała – pokazać równie doskonałe, choć podobnie proste pozostałe ubrania. Oryginalna tkanina to nie wszystko.

Małgosiu Bochenek. Bluza, którą od Ciebie dostałam nosi się fantastycznie, miałaś rację, nie chce mi się jej zdejmować ani na moment. Wybacz zatem, że tak się czepiam tutaj i wymądrzam a spotkanie z Tobą i opis Twoich ubrań traktuję jako pretekst do odezwy do równie zdolnych, podobnych Tobie młodych twórców mody. Żałuję, że nie będę na Twoim pokazie 10 maja. Mam nadzieję, że pomimo surowej krytyki, na którą sobie niniejszym pozwalam, zaprosisz mnie na następny. Ja w każdym razie chętnie zaproszę Cię na kawę podczas kolejnej wizyty w Krakowie, żeby jakoś załagodzić surowy ton recenzji.


Skomentuj