Bohoboco toto spoko

Podczas sympatycznej pogawędki umilającej oczekiwanie na rozpoczęcie się jednego z ostatnich warszawskich pokazów Janusz Noniewicz zwrócił moją uwagę na fakt, że ostatnio większość recenzji mody jest o tym, kto, z którego rzędu je ogląda. Muszę pamiętać, by o tym nie pisać – pomyślałam. A potem – daleczego nie?

W końcu jest o czym. Bo proszę państwa, z moich ostatnich obserwacji wynika, że chyba rzeczywiście punkt widzenia zależy od tego, z jakiego oddalenia się na modę patrzy.
Na przykład na piątkowym pokazie Bohoboco. Siedziałam sobie w PIERWSZYM RZĘDZIE. Zadowolona. Styl duetu podoba mi się od początku jego istnienia. Panowie Kamil Owczarek i Michał Gilbert Lach prezentują swoje prace od dwóch lat, najpierw skromnie, w showroomie, potem na Fashion Weeku w Łodzi a teraz, pierwszy raz zrobili to z celebryckim zadęciem w Warszawie.
A zatem siedzę sobie we wspomnianym PIERWSZYM RZĘDZIE i widzę kolekcję spójną stylistycznie, zaprojektowaną lekką ręką, z doskonałym wyczuciem subtelności proporcji, w ograniczonej gamie czterech modnych kolorów, dopracowaną w detalu, z gustem i z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów kroju, czy rozwiązań takich jak dyskretne zestawienie matu i błysku jednobarwnej tkaniny, skrupulatnie przemyślane proporcje sylwetki, nawet przy jej zaburzeniu nieoczekiwanym wykorzystaniem wybitnie kontrastowych tkanin.
Widać było gołym okiem, że autorzy kolekcji poświęcili projektowaniu tyle czasu ile było trzeba, by pokazać modele dopracowane w każdym szczególe, powstające z pewnością bez pośpiechu. Nawet – jeżeli jednak pracowali w pośpiechu – to gratuluję im talentu! Bo pośpiechu owego w pracach nie było widać.
Na niewielu w Polsce pokazach siedzę tak urzeczona, zachwycona, z entuzjazmem, ciesząc się, że hurra! – mogę o czymś dobrze napisać. Mało tego: aż chce się pisać!

W modzie płaci się lub powinno się płacić za design, jego urodę i wyrafinowanie. U Bohoboco warto za niego płacić.

Gdy pokaz się zakończył, podeszłam do siedzącego RÓWNIEŻ W PIERWSZYM RZĘDZIE Mariusza Trelińskiego, który zachwycony kolekcją wyraził swoje ogromne zadowolenie z faktu, że dał się Edycie Herbuś na przybycie na tę prezentację namówić. Co za gust! – zawołał – co za styl, lekkość, jakie wyczucie! – kontynuował pełen entuzjazmu. Po chwili spotkałam Ewę K. “Nie podobało mi się – przyznała – ja to już nie wiem,,, no bo kiedy wszystkim sie pokaz podoba, to mi zazwyczaj wcale nie. Pewnie się nie znam na modzie. Tam, gdzie siedziałam, czyli Z TRZECIEGO RZĘDU wszystko wydawało się tanie, tandetne i niczego bym na siebie nie założyła”. “Nie… to ja siedziałam W DRUGIM RZĘDZIE – odezwała się towarzysząca jej Eliza M. – nie było aż tak źle, choć super też nie.”

Co rząd to pogląd?

Czytałam już kilka recenzji z tego pokazu. Nikt nie pisał o tym, gdzie siedział, ale okazało się że każdy widział co innego. Mnie podobał się kunszt wykończenia modeli – ktoś inny krytykował je za tandetę. Zupełnie skołowana, spytałam nawet Janusza Noniewicza którego zdanie niezwykle cenię, o jego wrażenia z tego pokazu. Czy mu się pdobało? Wykonał ruch głową w takim kierunku, że już nie zastanawiałam się, w którym rzędzie siedział. Bo z Januszem z reguły się zgadzam a jego reakcja zaburzyłaby teraz właśnie uknutą teorię.

Ewo K.! Mogła Ci się ta kolekcja zwyczajnie nie podobać. Właśnie to jest w modzie najbardziej interesujące. I w życiu. Każdy z nas ma inny punkt widzenia.Sprawa dotyczy gustu. Ładna sukienka. Brzydka sukienka. Założyłabym. Nie założyłabym.

Owszem, kilka osób patrzy na to, jak na sztukę projektowania, prawdopodobnie od niektórych projektantów nawet wymaga, by prezentowane prace niczym obrazy, zasługiwały bardziej na ściany prestiżowych muzeów a nie połacie straganów z dziełami sztuki jarmarcznej. Kilka osób oczekuje zapewne koncepcji, świadomie wyważonych proporcji, przemyślanej kompozycji. Liczą na ponadczasowe piękno prezentowanych ubrań. Siłę wzornictwa.
Ale co tam! Ważne, byśmy w zgodzie wymieniali skrajnie różne poglądy, by projektanci stawali się coraz bardziej otwarci na krytykę, tworzyli coraz bardziej interesujące kolekcje i wreszcie organizowali pokazy!!! Na których my będziemy przeżywać to, w którym rzędzie siedzimy. W końcu, jak mawia sama Carine Roitfeld: there is no other row, but the front row.


Skomentuj