Czego uczy Yamamoto

Każde zdanie, które wypowiada – mogłoby zainspirować osobny post na moim blogu. Niewiele o nim wiem. Byłam w jego paryskim sklepie. Byłam na jednym jego pokazie (bez zaproszenia, wdarłam się z grupą rozpędzonych Japończyków). Nadal nie wiedziałabym zbyt wiele o słynnym projektancie, jakoś nie tropiłam informacji o nim. Gdyby nie kolega, który pożyczył mi film Wima Wendersa zatytułowany “Notatki o strojach i miastach”.

Dokument ten obejrzałam dwa razy. Najpierw w pociągu relacji Kraków – Warszawa. Zabijając czas. Wydał mi się nudny. Nie był to najlepszy wybór repertuaru na skrócenie podróży, bo tempo wolne, mnóstwo głuchych ujęć i same mądre słowa. Serio. Postanowiłam obejrzeć go jednak raz jeszcze, w większym skupieniu. Wsłuchałam się, o czym rozmawiają ze sobą mistrz mody z mistrzem kina. Zostałam zaczarowana.

Brak mi autorytetów w modzie. Osobiście znam kilka osób, od których mogę się o niej uczyć. Z którymi chcę o modzie dyskutować. Mistrzów wokół mnie? Zero. Dlatego cieszę się, że obejrzałam nudny film Wendersa. Bo jest jak spotkanie z mądrym profesorem na uczelni. Takim, co prowiadzi wykład pozornie bez tematu, dzieląc się jedynie swoimi przemyśleniami. Wysłuchanie go nie daje konkretnej wiedzy, ale inspiruje, by ją zdobywać i zadawać pytania.

Po co to robię?

“Mój ojciec nie żyje. Zginął. Na wojnie“, mówi w filmie Yamamoto. “Nie był żołnierzem, został zabrany na wojnę. Zawieziono go tam wbrew jego woli i zginął. Miał przyjaciół, więźniów na Syberii. Czytałem to, co napisali i myślę o moim ojcu, który nie żyje. I ta wojna jeszcze się we mnie nie skończyła. Nie ma we mnie czasu ‘po wojnie’. I myślę, że pracuję w ich imieniu, żeby wyrazić to, czego oni nie mogli powiedzieć, I czuję, że jestem tak kierowany, żebym dla nich coś zrobił. To, co robiłem dotąd było bardziej przypadkowe. Czułem, że dryfuję. Kiedy myślę o nich, czuję, że nie walczę dla siebie, ale że to dalszy ciąg czegoś innego.”

Po co to robię?

Dostałam dzisiaj meila od dziewczyny, która czyta mojego bloga. Kiedyś napisała z prośbą o radę: jak spełnić marzenie o pracy w branży mody? Dzisiaj odezwała się po roku, dziękując za to, że jej wtedy odpisałam. Że moje słowa zainspirowały ją do działania. Podzieliła się pierwszymi sukcesami. Tak, przechwalam się. Bo wzruszyła mnie jej wiadomość. Wtedy i dziś. Skoro to, co piszę ma znaczenie dla jednej osoby, której daje cokolwiek, choćby inspirację do spełniania marzeń o tym dziwnym świecie, jakim jest kraina mody – voila! Oto jestem z moim blogiem. Piszę rzadko. Ale kiedy mam coś do powiedzenia – odzywam się.

Jak sobię radzę z napięciem w branży mody? Ze współzawodnictwem?

“Mogę pokazać moje szkice, mogę wyjawić ludziom wstępne pomysły przed pokazem. Bo to nie w tym tkwi sekret”, odpowiada projektant na tak sformułowane w filmie pytanie reżysera.
- A w czym? – dopytuje Wenders.
- W pomyśle na wykończenie. Więc nawet, jeśli mógłbym ukraść szkice Issey’a, (Miyake – przyp. autora) nie mógłbym pociąć materiału tak, jak Issey to robi. Każda firma ma swoją własną techniczną tajemnicę. Nie da się tego skopiować.
- Więc każdy ma własny język?
- Tak myślę.
- To nie boisz się, że ktoś ukradnie Twój jezyk?
- Nie, nikt nie mógłby tego zrobić”, pointuje Yamamoto.

Jak sobię radzę z napięciem w branży mody? Ze współzawodnictwem?

Nie radzę sobie.

A serio? Kiedyś współpracowałam z wybitnym stylistą, Markiem Adamskim. Marek, w mojej opinii, jest geniuszem. Osobiście spotkał się z nim sam Martin Margiela – tak, Marek widział jego twarz (słynny projektant nigdy nie pokazuje się publicznie). Margiela spotkał się z Markiem, gdy ten wysłał mu wcześniej swoje portfolio. Marzył wtedy o karierze projektanta. Zrezygnował jednak z możliwości pracy u mistrza. Teraz projektuje kostiumy teatralne.

Z Markiem pracowaliśmy w duecie. Przez rok. Adamski ma bardzo wyrazisty styl. Wówczas niepopularny, zbyt dziwny, surowy, awangardowy. Jakoś robiąc wszystkie sesje w Polsce, w czasach, gdy większość prac wychodziła nam przaśnie, bez sampli sprowadzanych z zachodu, z wykorzystaniem jedynie dostępnych u nas ubrań, głównie tych z second handów – jego prace miały poziom zachodnich publikacji. Z zazdrością patrzyłam na jego portfolio. Gdy wejdziecie na jego stronę, zobaczcie – większość sesji powstała z dziesięć lat temu. Żadna się nie zestarzała.
Pracując z taką indywidualnością – miałam trudność w określeniu siebie. Jaką jestem stylistką? Czy rzeczywiście dobrą? Może wszystko, co robię tak naprawdę stylizuje Marek? Musieliśmy się rozdzielić. Dopiero samodzielność pozwoliła mi znaleźć swój język, styl, który rodzi się w moim sercu. Trudno go bronić, bo moda podlega ocenom subiektywnym. Są tacy, co się zachwycają; tacy, co to krytykują. Normalne. Jednak chwilę trwało, zanim pozwoliłam sobie nie być tak genialna jak Marek. Pozostać sobą. Mniej wyjątkową w mojej ocenie, bardziej przeciętna, ale sobą. Dopiero, gdy przestałam się zastanawiać nad tym, co powiedzą inni – zaczęłam czerpać radość z mojej pracy. Musiałam znaleźć mój język. Nawet, jeśli język Marka imponował mi bardziej. Nie byłabym szczęśliwa naśladując go. Musiałam wyrażać siebie.

W Polskich pismach z modą panuje moda na kopiowanie zagranicznych tytułów. Jest to zrozumiałe. Trzeba się od kogoś uczyć. Teraz na przykad najbardziej popularnym wzorem jest Harper’s Bazaar. Co to będzie, jak pojawi się polska edycja? Wracając do tematu. Mnie też zdarzało się zgadzać na to, by zainspirować się sesją w Vogue’u, gdy zachwycony nią fotograf przynosił pismo do redakcji, wołając: róbmy tak! Mało było czasu, brakowało pomysłu – robiliśmy.
Oduczył mnie tego na dobre artysta Mikołaj Długosz. Zrealizował świetny projekt, który z przerażeniem zobaczyłam na jakiejś wystawie w CSW. Przed laty. Zebrał kilkanaście sesji z polskich magazynów i ich pierwowzory z zagranicznych. Szokujące było, jak dosłownie się inspirowaliśmy pracą ludzi z Zachodu. Ze przerażniem obejrzałam to dzieło, bo wśród polskich kopii jedna była moja. Na nic tłumaczenie, że naczelna kazała, że czasu nie było, że fotograf tak chciał. Zrobiłam to. Postanowiłam nigdy więcej. Nie było łatwo, bo naczelne jakoś prędzej zgadzają się na wydawanie pieniędzy na sesje, gdy zobaczą taki pierwowzór. Często zresztą wyszukuje się tak zwane “referencje” – zdjęcia podobne do tych, które chcemy zrealizować. Podobne – nie oznacza jednak: takie same.

Jak to robią w Vogue’u? zastanawiałam się wówczas. Przecież nie mają innego Vogue’a do skopiowania. Słowo honoru – wtedy dopiero zaczęłam robić najlepsze sesje w moim życiu. Te, które wypływały ze mnie, te, których nie było w Vogue’u, inspirowane moim otoczeniem, reagujące na rzeczywiśtośc, z życia – mojego – wzięte.

“Styl może się stać więzieniem, systemem luster, w których możesz się tylko odbijać, imitować samego siebie”, mówi w filmie Wim Wenders. “Yohji zna dobrze ten problem. Wpadł oczywiście w tę pułapkę. Uciekł od tego w momencie, w którym – jak mówi, nauczył się akceptować swój własny styl. Więzienie zamieniło się w wielką pewność.” “Tym dla mnie właśnie jest autor”, dopowiedział Japończyk. “To przede wszystkim ktoś, kto ma coś do powiedzenia, kto wie jak się wyrazić swoim własnym głosem. Kto może w końcu znaleźć w samym sobie siłę i bezczelność, żeby zostać bogiem tego więzienia, a nie więźniem.”

Inspirujące, prawda?

“Notatki o strojach i miastach”, (1989) Reż. Wim Wenders


3 odpowiedzi na “Czego uczy Yamamoto”

  • Golden Mirror:

    Zawsze czekam na Pani teksty, bo są jedyne w swoim rodzaju i prawdziwe. Pomaga Pani wierzyć w modę, sztukę i ludzi. Pani głos jest bardzo ważny dla wielu i mamy nadzieję, że częściej będzie można czytać teksty na tym blogu :)

  • Knitted Republic:

    To chyba jedna z lepszych Pani notek na tym blogu, Pani Alicjo. Dzięki temu wierzę jeszcze w geniusz pracy, w pasję, w chęć zmiany – nie tylko kopię i podążanie za ślepo kreowanymi trendami. Wierzę, że w modzie nadal pozostało coś pięknego, a Pani o tym wie, bo w Polsce zajmuje się Pani tą dziedziną, kiedy było trzeba tworzyć coś z niczego. Dziękuję.

  • kelly:

    Mam teraz techniczny problem z tym blogiem, bo przez połączenie (?) go z naTemat, wpisy wyświetlają mi się z opóźnieniem. Nie chcę komentować z prywatnego konta w tamtym portalu, czytam tam wpisy…a potem dopiero po czasie mogę wrócić do nich tutaj.
    Oglądałam ten film w ramach AFF i chociaż momentami faktycznie wydawał się po prostu…nudny, to wsłuchanie się w to, co Yamamoto miał do powiedzenia, i w to, co przekazał między wierszami, było naprawdę inspirujące. Tekst też, przyda się trochę takiego spojrzenia – bo mam wrażenie, że ostatnio cały czas narzekania i pesymizm. A w końcu warto wierzyć w siebie:)

Skomentuj