Niedziela z Ossolińskim

projektanci mody sklepy

Kiedyś napiszę o wszystkich moich byłych asystentach. Jestem z nich dumna jak matka ze swoich dzieci. Wszystko, co osiągają zawdzęczają tylko i wyłącznie sobie jednak, kiedy odnoszą kolejne sukcesy, zwyczajnie chwalę się, że pracowali kiedyś ze mną.

Jednym z nich był Tomasz Ossoliński. Dzisiaj sobie o tym przypomniałam, a dokładnie – naszą rozmowę sprzed lat. Siedzieliśmy w nieistniejącej już kawiarni Modulor na placu Trzech Krzyży w Warszawie nieopodal redakcji VIVY!, w której wtedy pracowałam. Tomasz wrócił właśnie z fascynującej podróży do Indii. Zastanawiał się, co dalej ze sobą zrobić. Od dobrych kilku lat projektował już modę, mieszkał na Śląsku, skąd przyjeżdżał co jakiś czas do stolicy. Podczas tej rozmowy okazało się, że przydałby mu się bodziec do pozostania w Warszawie. Ja szukałam wtedy asystenta.

Nie pracował ze mną długo, ale dziś powiedział mi, jak wiele dało mu doświadczenie stylisty. “Nie mam problemu, gdy trzeba uklęknąć przy kliencie i zawiązać mu buty, jak to robiłem na sesjach zdjęciowych”, opowiada. “Nie czuję tremy wobec znanych osobistości. Kontakt z gwiazdami fotografowanymi do VIVY!, do których trzeba było najpierw dzwonić, potem pracować z nimi na planie – okazał się być niezwykle cennym doświadczeniem”. Każdy, zdaniem Tomka powinien “przeczołgać się” – jak to ujął – dla magazynu, by być lepszym projektantem. Kiedy szyje garnitury na miarę i dobiera je do potrzeb indywidualnych klientów, nadal przecież jest stylistą.

Podczas naszej wspólnej sesji z Grażyną Szapołowską, Tomek oczarował gwiazdę, do dziś jest ona jego muzą, występuje w jego pokazach i chyba nawet się przyjaźnią. Pamiętam, że z ulgą patrzyłam na rodzącą się między nimi na planie nić porozumienia, nie musiałam martwić się, czy aktorka dobrze czuje się w roli modelki. Tomek sprawił, że czuła się świetnie.

W naszej branży drogi wszystkich splatają się co jakiś czas. Przychodziłam więc na kolejne pokazy Ossolińskiego, śledziłam jego sukcesy. Dziś spotkaliśmy się w jego atelier. Otworzył pracownię w Hotelu Bristol. Pracownię, której oficjalne otwarcie zaplanował na wrzesień. Miejsce, gdzie od czterech miesięcy przyjmuje klientów. Gdzie dzisiaj z  wypiekami i zadziwieniem opowiadał, że to działa, że klienci przychodzą, że nie brakuje zamowień, że jasno widzi przyszłość. Patrzyłam na niego zaskoczona. Przecież pracował na to przez lata – próbuję mu uświadomić. Podobnie jak wielu moich znajomych skoncentrowanych wyłącznie na pracy, Ossoliński zdaje się nie dostrzegać, że to co robi, przynosi efekty. Że atelier w Bristolu nie zostało otwarte przez anonimowego krawca. Że na jego sukces  projektant pracował wcześniej, latami.

Tomek był jak dotąd jedyną osobą, która wypowiedziała krytyczne uwagi na temat mojego bloga, dając wskazówki, co powinnam zmienić. Jednym z zarzutów było, że piszę tylko pozytywne opinie (czego nie zmienię). Pewnie nie spodoba mu się ten tekst. Powiedział, że o nim mam pisać negatywnie. Nie chcę. Wysiłek, z jakim Ossoliński dąży do celu zasługuje na szacunek.

“Niektórzy dziwią się, że w moim atelier nic nie ma”, żartuje projektant, “że nie ma tu żadnych ubrań”. Siedzimy w marmurowym, przestronnym salonie, osłoniętym od ulicy kotarą, powiększonym optycznie ścianą luster. Piję herbatę podaną w filiżance, która stoi na starej walizce Louis Vuitton w roli stolika. Przeglądam album o krawiectwie z Savile Row i katalogi luksusowych tkanin. “W czym jesteś lepszy od innych krawców, którzy szyją na miarę w Warszawie”, pytam.

“Realizując zamówinie, najpierw szyję próbny garnitur z mojej tkaniny”, opowiada Ossoliński. “Nanoszę poprawki, a klient może sprawdzić, jak się będzie w nim czuł. Gdy wszystko jest zaakceptowane, szyję dopiero ten właściwy garnitur z zamówionej tkaniny. Inni tego nie robią, nikomu nie chce się szyć dwa razy tego samego ubrania. Płacę za to oczywiście, ale koszty są nierzadko mniejsze, niż gdybym domawiał kolejny kupon materiału na poprawki. Poza tym, staram się nie oszczędzać na tkaninach. Wybieram droższe, lepsze. Wolę mieć mniejszą marżę i zadowolonego klienta, który wróci po kolejny garnitur. Wiem, że to brzmi jak tani marketing, ale nie oszczędzam na jakości.  Poza tym, nad wszystkim czuwam. Inne warszawskie firmy mierzą klienta i spisują informacje, które wysyłają potem za granicę, gdzie realizowane jest zamówienie. Osoba, która kroi garnitur nie widzi klienta na oczy, szyje na podstawie cyferek na kartce papieru. Ja osobiście nadzoruję pracę krawców, wiem dokładnie jaki jest klient, mogę dopasować każdy ubiór precyzyjnie do konkretnej osoby. Wiele osób zaskakują moje ceny. W zależności od rodzaju tkaniny garnitur może kosztować u mnie od 5 500 do 7 500 zł. Dla niektórych to niedrogo. Nie zależy mi na tym, żeby uszyć jeden garnitur za 10 000. Wolę, żeby zadowolony (także z ceny) klient wracał do mnie po kolejny.”

Rozglądam się po atelier wzruszona. Lubię, kiedy ludzie odnoszą sukcesy. Zastanawiam się, w jakim miejscu na swojej zawodowej drodze będzie Ossoliński za kolejne 10 lat. Co ciekawe, choć pracuje na swoje nazwisko co najmniej tak samo długo, mówi o sobie, jakby był dopiero na początku. Niewątpliwe zaczyna nowy etap. “Wydoroślałem”, nazywa go. “Moda przestała być już tylko zabawą. To już biznes.”

 

 

1 thought on “Niedziela z Ossolińskim”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *